Podczas pobytu w Kołobrzegu u babci, razem z przyjaciółkami, które
zaprosiłam tam na tydzień, pojechałyśmy rowerami do małej miejscowości
nadmorskiej zwanej Rogowo. Trasa była całkiem fajna, pomijając ludzi w
Dźwirzynie namiętnie uprawiających walking na trasie rowerowej. Dobrze
że nikogo nie rozjechałam, choć miałam niesamowitą ochotę. Wcześniej
wyczaiłam że w Rogowie są jakieś militarne ruiny. Chwilę po minięciu
tabliczki z nazwą miejscowości, zobaczyłam plac i mały, ceglasty
opuszczony budynek. Uzbrojona w aparat i szwajcarski scyzoryk wkroczyłam
do środka. Budynek był częściowo wyburzony, z sufitu wystawały jakieś
dziwne cosie z otworami, po lewej były małe betonowe schody wątpliwego
bezpieczeństwa. Po obfotografowaniu dołu udałam się z Hanią wyżej. Niestety zostałyśmy niemile powitane
przez pozostałości po jakiś żulach. Bardzo niemile. Przez wyłom w
ścianie widać było wnętrza kotłów. Wlazłyśmy na ostatnie piętro, gdzie
były wielkie dziury od tych kotłów. Dziwne miejsce. Brak większych idei dotyczących przeznaczenia owej budowli potęgowało delikatne uczucie niepokoju.







Budynek, jak się potem okazało, był ruiną jednostki wojskowej WP a w dziurach najprawdopodobniej znajdowały się kotły grzewcze służące do ogrzewania kawałka jeziora, by można było wodować samoloty, kiedy temperatura spadała poniżej zera. W czasie II wojny światowej znajdowała się tutaj niemiecka baza hydroplanów.
Następnym budynkiem na trasie był budynek sztabu i stołówka JW.2366 Rogowo. Muszę przyznać, że nie zwiedziłam całego budynku, ponieważ jego gabaryty i fluidy wskazywały że w pewnych pomieszczeniach mogli kryć się ludzie bezdomni. Wycieczka po wnętrzu przypominała grę - uzbrojona w nożyk z napięciem wyczekiwałam czy nagle nie wyskoczy wściekły bezdomny niczym żądne krwi zombie.
Poniżej budynek stołówki.
Chyba znalazłam nowe hobby.